Marszałek Kuchciński pozazdrościł Kulczykowi

Marszałek Kuchciński pozazdrościł Kulczykowi

Marek Kuchciński
Marek Kuchciński / Źródło: Newspix.pl / Grzegorz Krzyżewski
Miliarderzy kupują sobie samoloty, żeby zaoszczędzić swój czas, bo pieniędzy oszczędzać już nie muszą. Marszałek Kuchciński nie ma ani czasu, ani pieniędzy, więc postanowił, że chociaż sobie posmakuje, jak to jest być jednym z najbogatszych Polaków.

Szanowany miliarder musi mieć swój samolot, żeby nie wyglądać głupio wśród bogatych kolegów. Samolot można mieć jeden, jak Antoni Ptak, 10. najbogatszy Polak i twórca gigantycznego miasta mody w Rzgowie pod Łodzią. A można mieć ich i cały hangar, jak Henryk Stokłosa, były senator i potentat spożywczy z Piły. Dzisiaj to właściciel największej prywatnej floty lotniczej w kraju - 9 samolotów i 4 helikopterów. Ale przed Stokłosą nie stoją takie logistyczne wyzwania jak przed Ptakiem. Pierwszy ma dwóch dorosłych już synów. Drugi aż ośmioro dzieci. Duża rodzina - duży problem. Czymś trzeba wszystkich przetransportować. Biznesmen kupił więc rodzinie prywatnego dżeta szwajcarskiej produkcji Pilatus. Ale czy taki Szwajcar by się naszemu Marszałkowi spodobał? Przecież Gulfstream G550, którego upodobał sobie Kuchciński, lepszy, bo po pierwsze, że amerykański, a po drugie od Pilatusa przynajmniej z cztery razy droższy. A co najistotniejsze - Pilatus ciaśniejszy. Na pokład może wziąć tylko 10, a nie 18 osób jak Gulfstream. Proszę sobie więc wyobrazić sytuację, kiedy pozostała część rodziny Marszałka, zazdroszcząca jego synowi czy żonie, też chce się przelecieć takim podniebnym cackiem. Jak wtedy odmówić kuzynowi, jak powiedzieć „nie” chrześniakom, co ze spakowanym już do lotu sąsiadem? Awantura murowana, a na kłótnie marszałek nie ma czasu, bo zalatany. Gulfstream więc bezpieczniejszy, bo pojemniejszy.

W dużym biznesie wypada mieć samolot, ale helikopter też ujdzie. Nad Warszawą swoim prywatnym śmigłowcem Bel 407 lata Zbigniew Niemczycki, twórca słynnego Mordoru na Domaniewskiej. To najbardziej zaawansowany technicznie lekki helikopter na rynku. Niby brzmi imponująco, chociaż z drugiej strony taki zwykły, cywilny śmigłowiec może lekki i sprytny, ale jednak trochę goło wygląda przy tych przypakowanych, wojskowych używanych przez Marszałka Kuchcińskiego.

A już w ekstraklasie globalnego biznesu to samolot niestety nie wystarczy. Tam wypada mieć jacht. W sezonie wakacyjnym superłódki najbogatszych tego świata stają się pływającymi biurami, gdzie przy cygarku i szklaneczce whisky można poomawiać strategiczne interesy. Jan Kulczyk na swoim jachcie spędzał kilka tygodni w roku. Nie imprezował, tylko „budował relacje”, jak to w biznesowym slangu ładnie się mówi o urządzaniu wytwornych przyjęć i zapraszaniu na jacht innych miliarderów. Ulubioną miejscówką Kulczyka było Monako. Jego jacht cumował w okolicy słynnego tunelu, gdzie podczas Grand Prix Formuły 1 dobrze widać ścigające się bolidy. Może i dobrze, że Marszałek w tym smakowaniu luksusu zawczasu się opamiętał. 15 miesięcy jego podniebnych wojaży kosztowało nas podatników ponad 4 mln zł. A tyle samo kosztuje przecież nie ponad rok, a zaledwie tydzień rejsu z 28-osobową załogą jachtu Kulczyka. Co by dopiero było gdyby Marszałek zamiast latania wybrał pływanie na bogato? Do Caritasu dzwoniliby zaniepokojeni pracownicy banku, Ewa Błaszczyk zasłabłaby ze szczęścia, a minister Błaszczak musiałby już chuchać i polerować Złoty Medal „Za zasługi dla obronności kraju”. Marszałek przecież zachował się honorowo: za wylatane 4 mln zł przelał jako zadośćuczynienie 10 tys. zł na Caritas i 5 tys. zł na Klinikę Budzik. Wpłaci też 28 tys. zł na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych. I nawet tutaj widać ten umiar i gospodarność godną Marszałka, który mógł zwrócić przecież miliony, a oddał zaledwie tysiące. Oszczędność w zarządzaniu własnymi finansami to przecież główna cecha milionerów, dlatego Marszałek tak świetnie z tym swoim latającym pałacem do nich pasuje.

Źródło: Wprost

piątek, 20 września 2019